kraina miodu
boczne drogi | recenzje

“Kraina miodu” – Macedonia idzie po Oscara

30 grudnia 2019

Jeżeli wchodzicie tu, by przeczytać recenzję dokumentu Kraina miodu, czytanie zajmie wam kolejnych kilkanaście sekund. Macedońskiego kandydata do Oscara obejrzeć warto. Nieistotne, czy interesujecie się tym krajem, czy poruszają was zagadnienia eko. Ten film jest perełką ze względu na piękne zdjęcia i narrację obrazami, które opowiadają się same, nie wymagając od nas znajomości języka i napisów u dołu ekranu.

Jeżeli wchodzicie tu, aby dowiedzieć się, czy iść – otwórzcie nową kartę i kupujcie bilet.

Ten tekst będzie jednak o czymś innym.

Macedoński kandydat do Oscara

Filmy dokumentalne nie cieszą się w Macedonii szczególną popularnością. Panuje zresztą przekonanie, że co powstałe w Macedonii, nie może być dobre. O Krainie miodu usłyszałam przypadkiem jeszcze przed jej światowym sukcesem, ale prawdziwy boom zaczął się po wysypie festiwalowych nagród. Wtedy Kraina miodu stała się pozycją, której nie wypada nie znać.

Celowo unikałam wywiadów z autorami i recenzji dokumentu przez pójściem na seans. Wiedziałam niewiele: że miód, pszczelarka, jakiś konflikt i oszałamiające zdjęcia. Chyba tych zdjęć oczekiwałam najbardziej. Zachwycającego dokumentu o pięknym kraju, którego znamy zaledwie niewielki wycinek.

I w zasadzie dostałam to. Zdjęcia wbijają w fotel. Zjawiskowe plenery, mistrzowskie wykorzystanie naturalnego światła oraz granie jego niedoborem w ciemności anemicznej chaty. Fantastyczne ujęcia w makro skali. Przemyślany montaż, który stworzył kilkudziesięciominutową sielankową opowieść z ponad czterystu godzin materiału.

Tylko czy na pewno sielankową?

Kraina miodu
Oficjalny plakat promocyjny

“Kraina miodu” – zachwyt i… irytacja

O tym, że obraz Tamary Kotevskiej i Ljubomira Stefanova jest idylliczny i estetycznie zachwycający czytałam w każdym komentarzu i recenzji. Dlatego emocje, które towarzyszyły mi falami podczas seansu i po nim, zmusiły mnie do porzucenia pomysłu recenzji na gorąco. Musiałam usiąść i przyjrzeć się im w spokoju.

Bo chociaż od pierwszej sceny z dziką radością patrzyłam na znajome krajobrazy, po wyjściu z kina byłam przygnębiona i… zirytowana. Sfrustrowana. A lektura krótkiej recenzji w jednym z najbardziej znanych dzienników w Polsce tylko tę frustrację pogłębiła.

UWAGA! Od 8 do 18 maja w serwisie ninateka.pl wielkie święto filmów dokumentalnych. W tym czasie macedońskiego kandydata do Oscara, wspaniały dokument “Kraina miodu” będzie można obejrzeć za darmo u siebie w domu!

Uczucie numer jeden: Smutek

Hatidże, główna bohaterka Krainy miodu, mieszka ze zniedołężniałą matką w opuszczonej wiosce, dawniej zamieszkanej przez mniejszość turecką. Jest najmłodsza spośród rodzeństwa, a więc na niej spoczywa obowiązek opieki nad matką, która już nawet nie wstaje z łóżka. Matka, nie do końca świadoma, co się wokół niej dzieje, przygłucha, niewidząca na jedno oko, z pewnym onieśmieleniem poddaje się czułej pielęgnacji córki. Widz ma okazję obserwować niezwykle ciepłą relację między dwiema kobietami. Poświęcenie Hatidże jest niezwykłe, tym bardziej, że w maleńkiej chacie nie ma elektryczności ani ogrzewania. Zimą, aby mieć co pić i na czym gotować, Hatidże topi śnieg.

Głównym zajęciem kobiety, z którego się utrzymuje, jest hodowla dzikich pszczół. Również ta więź wydaje się pełna życzliwości i zrozumienia wobec praw rządzących naturą. Hatidże ingeruje w świat pszczół łagodnie, ostrożnie. Miodu przez nie wytwarzanego nie traktuje jak zdobyczy, lecz bardziej jak prezent, za który powinna być wdzięczna, za który odpłaca się pielęgnacją i opieką. „Połowa dla mnie, połowa dla was” – taka jest dewiza ostatniej niezależnej pszczelarki.

kraina miodu
Wnętrze chaty Hatidże i jej matki. Źródło: materiały prasowe

Wchodząc za kamerą do wnętrza mizernej chaty, słyszałam z tyłu głowy pytania turystów. Nie dowierzają, że takie miejsca, które zdarza nam się mijać podczas wycieczek, są naprawdę zamieszkane. Że są wioski, w których nie ma elektryczności i kanalizacji. Że są ludzie, których posiłek składa się z miski miodu, jogurtu albo porcji banana. Mieszkają niekiedy, jak Hatidże z matką, w znacznym oddaleniu od większych miast, co dopiero ośrodków turystycznych. Ale często mieszkają dziesięć, piętnaście, dwadzieścia kilometrów od kompleksów hotelowych z wyżywieniem all inclusive. Tylko droga jest niedostępna.

Według wskaźników Europe2020 w Macedonii ryzyko ubóstwa i wykluczenia społecznego dotyka 44,5 % gospodarstw domowych. Aż 7% żyje w skrajnym ubóstwie, bez jakiejkolwiek pomocy socjalnej. Patrząc na matkę Hatidże, widziałam twarze dziesiątek innych starszych kobiet. Wiele z nich nie może liczyć nawet na czułą opiekę, zapewnianą staruszce przez córkę.

Uczucie numer dwa: Frustracja

W pewnym momencie leniwy tok narracji przerywa nagły zwrot. Do opuszczonej tureckiej wioski przybywa wielodzietna rodzina wędrownych hodowców bydła. Wydawałoby się, że hałaśliwe sąsiedztwo powinno zakłócić spokojny żywot Hatidże. Ta jednak nie unika sąsiadów, a przeciwnie – spędza czas z dziećmi, śpiewając im, tańcząc z nimi, a ich matce pomagając w codziennych obowiązkach. Głowie rodziny natomiast, Husseinowi, opowiada o hodowli pszczół.

kraina miodu
Rodzina Samów z Hatidże. Źródło: materiały prasowe

Spotkałam się z dziesiątkami oskarżeń wobec rodziny Sam (przybyszów). Zachodniego widza przeraża brak rodzicielskiego nadzoru oraz traktowanie zwierząt. Pojawiające się wyzwiska i szorstki, ostry język. Dzieci, zamiast być w szkole, biegają bez opieki. Niemniej, nie zgadzam się na oskarżanie Husseina i jego rodziny. Nawet kiedy decyduje się hodować pszczoły, gdy nieudolnie realizuje pomysł na nowe źródło utrzymania rodziny.

Dostęp do edukacji i jej poziom nie są w Macedonii równe. Za najbardziej społecznie wykluczoną grupę uważani są Romowie oraz inni nomadowie o różnej tożsamości etnicznej, jak rodzina Samów. Wciąż wiele dzieci oraz dorosłych, zwłaszcza osób starszych, nie zna wystarczająco języka macedońskiego. Zdarza się, że z powodu braków językowych dzieci romskie trafiają do klas dla dzieci z upośledzeniem umysłowym. Doświadczają też ostracyzmu w grupie rówieśniczej. Oczywiście, o ile w ogóle trafią do szkoły.

Oskarżany o sprowadzenie nieszczęścia Hussein nie jest do końca winny katastrofy. Łapie się czego może, by zapewnić rodzinie dobrobyt. Prawdopodobnie nie ma wielkich szans na znalezienie innego zajęcia niż takie, które sam sobie zorganizuje. Nie wiadomo, czy dzieci Husseina posługują się językiem macedońskim, który mógłby otworzyć im szersze możliwości w przyszłości. Większość filmowych dialogów toczy się w archaicznym tureckim dialekcie.

Prawdziwy problem przybywa bowiem dopiero z językiem macedońskim.

Macedończyk z Wall Street

Od pierwszego dialogu wsłuchiwałam się w wypowiedzi bohaterów, naiwnie oczekując macedońskiego lub chociaż albańskiego. Tymczasem te pojawiają się zaledwie parę razy. Najpierw, gdy wraz z Hatidże udajemy się na bazar do Skopje. Tu z handlarzami porozumiewa się w trzech językach: macedońskim, tureckim i albańskim.

Ponownie, kiedy do Husseina przybywa przedsiębiorczy Macedończyk, zainteresowany hurtowym zakupem jego miodu. Tenże Macedończyk jest właśnie przyczyną mojej poseansowej frustracji.

Nie pazerność Husseina doprowadza do katastrofy sąsiedzkiego ekosystemu, lecz jego naiwność. Łapczywy jest natomiast jowialny Macedończyk. Bez skrupułów naciska na głowę rodziny Sam, przedstawiając mu ofertę praktycznie nie do odrzucenia. Z każdym jego powrotem ingerencja w spokojny mikroświat jest coraz brutalniejsza. A wszystko to pod pozorem przyjacielskiej przysługi, szerokiego uśmiechu, przykrywającego przymus.

Kraina miodu
Kadr z filmu. Źródło: materiały prasowe

“Kraina miodu” – film jak żądło

Macedończyk jest postacią niewygodną, uwierającą, a jednocześnie tak bardzo przez wszystkich niezauważoną. Wiele osób pisze o wybrakowanym systemie, który zapomina o dziesiątkach Hatidży i Husseinów.

Łatwo zwalać na dalekie systemy. Jednak za tymi systemami zawsze stoi ktoś. Jak ten Macedończyk, który najpierw zacznie sprzedawać miód „bio” turystom na skopijskim bazarze. Wystara się o certyfikat i zastrzeże recepturę regionalną i nazwę. A potem tych samych turystów przywiezie do opuszczonej, tureckiej wioski, żeby mogli zrobić sobie zdjęcia z „autentyczną” mieszkanką Macedonii. Dostanie za to uścisk dłoni i procent od własnego miodu.

Kraina miodu to film fantastycznie zrealizowany, z pięknymi zdjęciami i kadrami do powieszenia nad łóżkiem. Jednak poza estetycznym zachwytem, we mnie utkwiło coś więcej i nie mogę się tego pozbyć.

Po prostu ugrzęzło. Jak żądło.

“Kraina miodu” (ang. “Honeyland”, mac. “Medena zemja/Медена земја”), reż. Tamara Kotevska i Ljubomir Stefanovski.

0 0
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Najnowsze
Najstarsze Najczęściej oceniane
Zobacz wszystkie komentarze
Daniel
Daniel
4 miesięcy temu

..U got the last one wrong.. that guy is not Macedonian.. rather Turk/Bosniak..

Anonimowo
Anonimowo
4 miesięcy temu

Z wszystkim sie zgadzam Pai Justyno. Podziwiam za analityczne, doglebne opisy. Trzgmam za oscarowy sukces.